„Droga na Horn” (1974, 1975, 1081, 1996, 2010)

Droga190

Literacki opis samotnego rejsu na jachcie „Polonez” drogą „południową” – wokół pięciu najgroźniejszych przylądków w roku 1972/73. W owym czasie Krzysztof Baranowski jest dziewiątym samotnikiem w historii światowego żeglarstwa, który przeżeglował dokoła Świata Ryczącymi Czterdziestkami i Wyjącymi Pięćdziesiątkami.

Książka wielokrotnie wznawiana i tłumaczona na języki obce.

Wydawnictwo Iskry, 1974, 1975, 1981
Wydawnictwo Muza, 1996  

Biblioteka Szkoły pod Żaglami 2010

 „Rzeczpospolita”

(26.11.2010)

Polski jacht „Polonez” stał się trampoliną do międzynarodowej sławy polskiego żeglarza Krzysztofa Baranowskiego. Opłynął nim świat dookoła trasą najtrudniejszą z możliwych, w czasach, gdy o GPS nikomu się jeszcze nie śniło, i opisał ten rejs w sposób, w jaki nikt przed nim ani po nim tego nie zrobił.

„Droga na Horn” należy do tych książek, które powinny być wznawiane co dekadę, ponieważ się nie starzeją.

   Wielu żeglarzy opływało samotnie glob, po czym zanudzało czytelników cytowaniem monotonnych wpisów w dzienniku pokładowym. Baranowski tego grzechu nie popełnia, ponieważ reportaż ma we krwi. Od autoironii nie stroni. Pomyłek i porażek nie ukrywa, bawi się z czytelnikiem grami słownymi, a przy okazji wprowadza go w świat nauki i techniki. Pokazuje, w jaki sposób samotny żeglarz ma do czynienia ze statyką, fizyką fal, meteorologią, psychologią, a nawet dietetyką. 

                                 Krzysztof Kowalski

Sail-ho!

Opowieść o samotnym rejsie wokółziemskim Krzysztofa Baranowskiego na jachcie POLONEZ.
 O przygotowaniach do rejsu, rejsie, walce ze sztormami, techniką i samym sobą, a w końcu o realizacji żeglarskich marzeń.
 Krzysztof Baranowski, poza tym, że jest doskonałym żeglarzem, jest też doskonałym pisarzem – książkę czyta się jednym tchem.
                                                      Jacek Kijewski

                                                      „Morze”

ZDOBYWCA  HORNU

Byli tacy, co opłynęli świat i nie napisali nic, prócz słów w dzienniku pokładowym. Byli tacy, co – być może – napisaliby niejeden tom, gdyby nie pochłonął ich na oczach naszego wieku ocean. Nasz Krzysztof Baranowski należy do pierwszej grupy, choć prawdę mówiąc, niewiele do tego brakowało, żebyśmy go zaliczyli do ostatniej, jeśli się weźmie pod uwagę zdarzenia na drodze z Capetown w Południowej Afryce do Hobart w Australii.

W jego pięknej książce o samotnym rejsie dookoła świata opublikowanej przez „Iskry” w zasłużonej dla polskiego reportażu „białej” serii, jest mapka z „timingiem” podroży, z której wynika, że osiągnął on trzeci czas w historii samotnych rejsów dookoła świata, zaś na odcinku Australia – Horn czas lepszy o sześć dni od słynnego Chichestera i jego wspaniałego „Gipsy Moth IV”. I dlatego, choć pan Krzysztof jak podkreśla sam mocno – nie szedł po rekord, wszedł, co tu dużo gadać, do stawki rekordzistów i „minicaphornerów” naszej epoki. Słusznie i pięknie pisał tedy  Dariusz Bogucki, sam wybitny żeglarz, w liście do Autora:

„Ale cóż to jest jacht? Parę klepek, trochę drutu i kawałków stali. I dopiero człowiek, który na nim pływa stanowi o tym, do czego te kawały martwej materii służą. Człowiek, jego wytrwałość, jego wysiłek, nawet jego strach…”

W „Drodze na Horn” nieporównany sternik i kapitan „Poloneza” urzeka nas nie tylko niewątpliwym talentem literackim ale i samym sobą – swoją wolą, inteligencją, szczerością (i znakomitym poczuciem humoru). Nie tai tego przed nami, że się bał, że miał, jakbyśmy powiedzieli, słabsze mecze w gigantycznym turnieju z oceanem, że – zwłaszcza przed wyjściem z bezpiecznego przecie portu w Hobart na pojedynek z Pacyfikiem – nie mógł zapomnieć o wywrotkach na Oceanie Indyjskim, gdzie omal nie pochłonęła go czerń fali, zalewającej wnętrze jachtu i wieczność. I trudno się dziwić, że z dystansu, ze szczytu ogromnej góry doświadczenia i przeżycia, patrzy z łagodną ironią na obrady kolegów toczone na lądzie stałym w sprawie jego wywrotek wśród „jedenastki” w skali Beauforta, choćby te obrady zwoływane były w jak najlepszej wierze i intencji…

Pan Krzysztof mówi nam, jak zwyciężał, jak ponosił porażki, jak gotował, jadł, prał, pił wiśniówkę, prowadził nawigację. Jak tęsknił do żony i dzieci, jakie miał senne widziadła – odbicia tęsknot do spokojniejszego „ziemskiego” życia. Z przeżyć świadomych i nieświadomych, z własnych uczuć, myśli, spostrzeżeń, ale i z obrazów ludzi, z którymi spotyka się po drodze i w eterze, z widoków morza, nieba i ziemi komponuje swój wielki relief podróży okołoziemskiej.

Jego talent literacki zdaje się opierać na dwóch biegunach: języka i obserwacji – a właściwie tej znacznej i trudnej zdolności wyboru zjawisk spośród otaczającego świata. Otóż pan Krzysztof niewątpliwie dysponuje obydwiema cechami talentu literackiego. Umie dostrzec to, co w ludziach, krajobrazie, nastroju jest najbardziej charakterystyczne, i umie przekazać to barwnym słowem. Najlepiej dowodzi tego szkic dramatycznej, rozchwianej sylwetki Wojtka Białego, którego pochłonie ocean, choć stale powtarzał „take it easy”. Nasz Autor posiada również w stopniu wysokim umiejętność tworzenia napięć, dramatyzacji, szerzej biorąc: wyczuwa ten właściwy moment, w którym trzeba zmienić scenerię czy nastrój, aby utrzymać zainteresowanie czytelnika.

. W „Drodze na Horn” jest wiele obrazów, które zachowa się w pamięci:

 „Noc wygwieżdżona, świetlisty bruk.”Polonez” sunie gładko i bez przechyłów, żagle wyglądają, jakby należały do czarnego rydwanu sunącego po niebie. Pomiędzy krawędziami żagli ukazują się znajome archipelagi gwiazd. Steruję na Oriona. który rozłożył się nad horyzontem. Nad głową Oriona aureola Plejad, drobnoustrojów gwiezdnego oceanu. Kiedy na wschodzie zaczyna jaśnieć niebo, kładę się spać…”

Ale nie każda doba jest tak spokojna, jak ta na Atlantyku. W jedności przeciwieństw ocean dysponuje drugim obliczem:

„Co za krajobraz! Między pędzącymi chmurami przeziera żółte światło, spieszy się całe niebo – a dopiero za nim, jakby z ociąganiem, górzyste morze… A teraz nadbiega następna góra wody… Kątem oka widzę tę falę. Zjawiła się znikąd, jak większość tych gór wyrastających z morskiej kipieli. Za rufą „Poloneza” wyrosła ściana! Wparłem się nogami w kokpit a wolne ramię wsunąłem pod zaknagowane liny. Ogarnięty wodą niczym poduszką tracę wzrok i słuch. Unosi mnie wodna lawina… „Polonez” wstał… W głowie mam mętlik, ale jedna myśl dominuje: robi się coraz ciemniej, jak wysteruję do kolejnej fali?! Chcę, by to było przywidzenie – ale nad rufą rośnie ta sama czarna ściana. Wiem, że to koniec – że nie pomoże żaden kurs, żadna teoria… Skuliłem się w kokpicie, przy pompie pod krzesełkiem. Mój krzyk ginie pod wodą…”

Po półtoramiesięcznej żegludze przez Pacyfik, walce z największym oceanem, nasz żeglarz dociera do tytułowego skrawka południowoamerykańskiej          ziemi, składa mu żeglarski hołd. W swojej pięknej inwokacji do Przylądka mówi:

 „… Wiedz tym, że wieziemy ze sobą bagaż marzeń wielu ludzi, nie tylko żeglarzy. Spotykając nas dzisiaj pozwalasz tym ludziom wierzyć, że i oni spełnią swoje marzenia”.

Równo w siedem miesięcy pan Krzysztof przechodzi na Oceanie Atlantyckim po raz drugi punkt, który już przebył – wieńcząc dzieło podróży dookołaziemnskiej, a w półtora miesiąca później zawija do Plymouth, z którego wychodził na Transatlantyckie Regaty Samotnych Żeglarzy i w opisie tego obrazu zwycięstwa ostatecznego jest cały nasz Autor ze swą skromnością, umiarem i literackim smakiem, którego dowody daje zresztą na każdej karcie swojej książki.

„…Pamiętasz, mówiliśmy o tym. że na Polaka czeka Horn – pisał w liście przyjaciel Autora – Idziesz ku niemu, i życzę Ci, żebyś był tam pierwszy…”

I był.

I napisał książkę, która z pewnością wejdzie do „złotego funduszu” naszej literatury morskiej. I będzie długo, bardzo długo zapalać wyobraźnię młodego pokolenia żeglarzy, ucząc miłości do morza, do świata, do własnego kraju, który zbudował „Poloneza” i – podkreślmy to bardzo mocno – wychował i ukształtował nam Kapitana, Pisarza i Człowieka.

Zdobywcę Hornu.

                                                           Zbigniew Flisowski

                                                             „Morze” 1974

„Autobiografie polskich sportowców samotników”
 ( Oficyna TUM, Gniezno 2005 )
Narracje autobiograficzne Baranowskiego, jeśli uwzględnić ich tematykę, są podobne do relacji innych samotnych żeglarzy. Można więc zadać zasadnicze pytanie: Czym różni się reportaż (w wydaniu Baranowskiego) od innych analizowanych przeze mnie tekstów, czy występuje jakaś differentia specifica? Zbigniew Bauer, piszący o reportażu in genere, ma szereg innych wątpliwości.

Kim wszakże jest „reporter”? Naszym wysłannikiem w te obszary świata, których sami odwiedzić nie możemy lub nie chcemy? Systematycznym, wyposażonym w integralną wiedzę „interpretatorem” rzeczywistości, której pojąć nie potrafimy? Może współczesną wersją Melville’owskiego żeglarza Izmaela […], który […] pozostaje w wiecznej pogoni za umykającym mu białym wielorybem nie wiedząc, iż ów stwór z głębin i ciemności, to on sam? A może wreszcie przewrotnym, wyposażonym w narzędzia dane mu przez intertekstualność współczesnej kultury, „monterem” różnorakich tekstów i form podawczych, który tylko na chwilę stabilizuje swój monolog w ramach rozpoznawalnego przez czytelnika gatunku (reportaż, artykuł publicystyczny, cytat, prezentacja quasidramaturgiczna), by natychmiast zakwestionować go przy pomocy metatekstu, zawartego w odrębnych partiach wypowiedzi?

Baranowski jako autor i narrator reportaży o samotnym jachtingu wciela się we wszystkie wymienione przez Bauera role. Opłynął świat, w zaskakujący, niespotykany dotąd, szalenie zmysłowy sposób opisał i zinterpretował przestrzeń, w której przyszło mu spędzić wiele miesięcy. W jego inteligentnie „zmontowanych” reportażach podróżniczych czytelnik odnajduje zadziwiające bogactwo form wypowiedzi, gier językowych i intertekstualnych.

Małgorzata Okupnik

Z naszej galerii

SONY DSC SONY DSC edynburg-1994 st_pierre na_rejach_002 lud0279k
Ranking stron żeglarskich