Chcę zbudować nowy żaglowiec ( „Lady’s Club”)

Skąd się wzięła u pana pasja do żeglarstwa? Rodzice ją zaszczepili, czy pojawiła się na przykład po przeczytaniu jakiejś książki?

Mój dziadek zabierał mnie na pływanie kajakiem po Odrze. Oczywiście, jak to na kajaku, musieliśmy wiosłować, a obok pływały żaglówki. Żeglarze na burcie nie musieli nic robić, łódki same pływały. To mnie tak zdopingowało, że poszedłem do klubu żeglarskiego, żeby też „nic nie robić”. Początkowo nie chcieli mnie przyjąć, bo byłem za młody, miałem wtedy 14 lat, ale kiedy poszedłem tam jesienią, okazało się, że już po sezonie i trzeba dużo pracować przy łódkach. Wtedy mnie wzięli, bo każda para rąk była potrzebna do pracy. I tak właśnie, nie chcąc pracować, trafiłem do klubu, żeby pracować przy jachtach. Jak już się zadomowiłem, to zostałem.

Pierwszy kontakt z morzem. Czuł pan, że zwiąże się z wodą na całe życie?

Nic takiego nie czułem, nie było żadnych sygnałów, że to będzie ważny temat w moim życiu. Kiedy już mogłem pływać po morzu, bardzo mi się to spodobało. Zwłaszcza kiedy pierwszy raz wypłynąłem jachtem pełnomorskim w wieku 17 lat. Pewne cechy otwartości i swobody, wielkości morza, młodego człowieka podniecają. Tak samo jest ze wspinaczką, nartami, gdy czuje się swobodę, otwartą przestrzeń.

Góry są dla pana alternatywą?

Jeździłem na nartach od 7 roku życia, bo mieszkałem w Szczawnicy, w Nowym Targu, a potem z Wrocławia także dojeżdżałem w góry. Te dwie dyscypliny, narty i żagle, splotły się u mnie. Większość żeglarzy jeździ na nartach i większość narciarzy żegluje. Te sporty się uzupełniają.

W 1965 roku śmiało wypłynął pan na głęboką wodę jachtem Śmiały

To był pierwszy rejs oceaniczny z Polski, bardzo chciałem się dostać na pokład, a nie bardzo mogłem. Zrobiłem w tym czasie stopień jachtowego kapitana żeglugi wielkiej, ale nie było już miejsca ani dla kapitana, ani dla nawigatora i żeglarza, a ponieważ zwolniło się w ostatniej chwili miejsce dla kucharza, więc popłynąłem jako kuk i nie żałuję. Dało mi to świetne przygotowanie do wszystkich późniejszych wypraw.

Za burtą Śmiałego było kilka tysięcy metrów otchłani. Docierało do pana, że nie ma już żartów?

Nigdy nie miałem wrażenia, że tam jest duża głębokość. Można się utopić na głębokości 2 metrów, kiedy nie umie się pływać. Wiec na morzu ćwiczyłem manewr „człowiek za burtą”, żeby w razie czego móc jakiegoś nieszczęśnika uratować. Dwukrotnie się to przydało. Musiałem wyciągać człowieka zza burty, gdy byłem już kapitanem. Ale skoro pan o to pyta, głębokość pod jachtem nie robi na mnie wrażenia. Nigdy nie rozważałem tego jako problemu.

Bywały jednak groźne momenty w czasie rejsów?

Zdarzały się, ale oczywiście ocena tego, co jest groźne, a co nie, zależy od doświadczenia. Gdy miałem 15 lat, groźna dla mnie była rzeka z prądami, wirami. Dopiero żegluga oceaniczna, w strefie sztormów i burz, uświadomiła mi realne zagrożenia. Gdy zetknąłem się twarzą w twarz z żywiołem. Wtedy doszedłem do wniosku, że wiatr nie jest tak groźny dla jachtu, jak fala. Oczywiście w pewnych rejonach świata, gdzie morze jest w stanie strasznie się rozbujać. Fale urastają do wielkości gór i takie ma się wrażenie, jakby się żeglowało wśród gór właśnie. Ale te rejony nie są często odwiedzane przez jachty, dlatego niewiele razy w życiu byłem w strefie dużego zagrożenia. Gdy dowodzę jachtem i mam pod opieką załogę, patrzę w niebo i niepokoję się, jeśli się chmurzy i barometr opada, bo to oznacza, że nadchodzi sztorm. Starałem się unikać takich sytuacji, ale na oceanie uniknąć się nie da.

Czy w ekstremalnych sytuacjach czuje się odpowiedzialność za innych członków załogi, czy też instynkt ratowania tylko siebie decyduje o naszym zachowaniu?

Nie, instynktu ratowania siebie w ogóle nie ma. Jeśli myślę o ratunku, to o ratunku dla jachtu. Póki jacht pływa, załoga jest w miarę bezpieczna. Natomiast gdy będzie tonął, załoga jest poważnie zagrożona. Tego rodzaju alarmy ćwiczymy wielokrotnie. Mamy procedury, jak się zachować, kiedy jest pożar na jachcie, kiedy dziura w kadłubie, kiedy człowiek za burtą albo trzeba opuścić statek na zawsze. Ćwiczenia są po to żeby załoga instynktownie wiedziała, jak się zachować, a nie poddawać panice.

Samotny rejs, pustka dookoła. Bywały u pana chwile rezygnacji, załamania, momenty kryzysowe?

W czasie samotnego rejsu nie ma chwil załamania i wątpliwości, co ja robię na morzu. Natomiast gdy się dopływa do portu, takie wątpliwości bywają. Żeglugę samotną uprawiam dlatego, że wielką przyjemność daje mi pokazanie samemu sobie, że daję radę tam, gdzie problemy ma cała załoga. To sprawdzian żeglarski. A poza tym żegluga samotna ma swoje uroki. Nie jest tak, że jest cicho i pusto. Zarówno jacht przemawia w jakiś sposób, jak i morze wydaje różnego rodzaju dźwięki, które są mi bliskie. Spotyka się delfiny, które potrafią podpłynąć i zorganizować żeglarzowi widowisko w postaci różnego rodzaju skoków, wydając przy tym z siebie odgłosy, wiec żeglarz też się do nich odzywa. Jest wzajemna reakcja. To przyjemność, ale bywają też zagrożenia: człowiek może wypaść za burtę, a jacht, ustawiony tak, żeby zmierzał swoim kursem bez dotykania steru, popłynie dalej, kursu nie zmieni i człowiek zostanie. Tak więc to ryzykowna dyscyplina, jak taternictwo czy himalaizm. Może mniej, ale jednak ryzyko dodaje pieprzu do tych wszystkich sympatycznych cech. Samotna żegluga jest zwieńczeniem wcześniejszych dokonań. Nie jest się kapitanem, który dowodzi załogą, ale żeglarzem, który daje sobie radę w różnych warunkach. A morze już wie, jak zapewnić te różne warunki, od ciszy do sztormu.

Pływaliście też państwo całą rodziną po Atlantyku jachtem Polonez. To na pewno cudowne uczucie przeżyć to wszystko jeszcze raz, ale z bliskimi osobami na pokładzie.

Było to dość trudne przeżycie dla żony, ale zaowocowało ciekawą książką, w której ojciec rodziny mówił swoja wersję, a żona matka opowiadał swoją, zupełnie inną, jakbyśmy byli w dwóch różnych światach. Ta książka, „Dom pod żaglami”, jest ciekawym przykładem, jak ludzie mogą różnie postrzegać te same sprawy. Ciekawe było zachowanie dzieci. Ponieważ nie chcieliśmy, żeby straciły rok szkolny, prowadziliśmy dla nich naukę. Na Małgosi, która miała 7 lat, zrobiło to ogromne wrażenie, natomiast Jaś w wieku lat 12 miał takie postępy, jakich nigdy wcześniej w szkole nie robił. Więc to był jakby pierwowzór późniejszej „Szkoły pod żaglami”, kiedy zabierałem na ocean całą klasę młodych ludzi. I ta „Szkoła pod żaglami” przetrwała 30 lat. We wrześniu wypływam w kolejny rejs z 3 klasą gimnazjalną i nauczycielami.

Zimą 1980 roku wypłynął pan pięknym jachtem Pogoria razem z naukowcami na Antarktydę. Skąd taki szalony projekt? Pogoria nie była przystosowana do arktycznych warunków.

Jacht można i należy przystosować do warunków antarktycznych. Popłynęliśmy tam w środku tamtejszego lata, więc warunki były zwykłe, oprócz tego, że sporo gór lodowych pływało. Natomiast wypłynęliśmy w grudniu, w sytuacji bardzo trudnej, kiedy nie było wiadomo, co z Pogorią zrobić, w jaki sposób ją utrzymać. A trafiła się okazja, Polska Akademia Nauk chciała wypróbować transport swoich pracowników naukowych na Antarktydę i z powrotem, ponieważ właśnie latem, czyli w okresie styczeń-luty, wymienia się tam ekipę. Potem, kiedy przychodzi zima, która zaczyna się w kwietniu, a kończy w grudniu, nie ma możliwości dopłynięcia, bo wszystko zamarza. Zazwyczaj pływają tam statki motorowe, ale PAN chciała spróbować, jakby o ile byłoby taniej, gdyby popłynął żaglowiec, który nie zużywa takiej ilości paliwa. Okazało się że jest to 10-krotnie tańsze, aczkolwiek dwa razy dłuższe. Dla nas to było niezwykłe przeżycie. Popłynęliśmy tam, gdzie normalnie jachty nie pływają. W jedną stronę mieliśmy 2 naukowców, a z powrotem 20. Nie byli zbyt zadowoleni, ponieważ komfortu nie mieli. Nie było oddzielnych kabin, za bardzo kiwało, więc narzekali. Niemniej dla Pogorii był to bardzo dobry sprawdzian podczas tak długiego oceanicznego rejsu.

Czy w Polsce nadal panuje moda na żeglarstwo? Dzisiaj młodzi ludzie mają łatwy dostęp do całkiem innych rozrywek…

Żeglarstwo to nie tylko sport i rekreacja, lecz i ciężka praca, często w skrajnych warunkach. Nie ma chętnych na pływanie, chociaż moja szkoła jest za darmo. Rejsy oceaniczne, zazwyczaj bardzo kosztowne, my oferujemy bezpłatnie, ale nie ma chętnych, ponieważ warunek wstępny jest dość trudny do spełnienia. Mianowicie trzeba przez cały poprzedni rok szkolny pomagać innym, czyli sprawować funkcję wolontariusza w świetlicy, w szkole, w szpitalu, hospicjum. Do tego, niestety, mało kto się nadaje, w związku z czym wielu chętnych nie ma. Niedawno w Giżycku rozgrywaliśmy eliminacje. Ze 100 osób mogliśmy na pokład zabrać tylko 30. Takie kwalifikacje sportowe organizujemy na zakończenie roku wolontariatu. Wszystkich nie zabieramy w rejsy oceaniczne, natomiast wszyscy dostają w nagrodę tygodniowe rejsy po Mazurach.

Gdy 12 lat temu ponownie wybrał się pan w samotny rejs dookoła świata, było panu łatwiej dzięki współczesnej technice?

Nawigacja zrobiła olbrzymie postępy, dlatego nie musiałem już wychodzić na pokład z sekstansem, żeby mierzyć wysokość Słońca i obliczać linie pozycyjną, bo wykonywały to za mnie satelity. Trasę też miałem łatwiejszą, bo w pasatach, gdzie nie ma takich sztormów, aczkolwiek bywają huragany. Płynąłem właśnie w porze huraganów przez Ocean Indyjski i musiałem bardzo uważać. Akurat dwa huragany urodziły się w tym czasie, a ja w środku między nimi. Pierwszy rejs był jednak o wiele trudniejszy, prowadził trasą ekstremalnie trudną. Mój jacht był przez stocznię specjalnie przygotowany, opływany przeze mnie dwa lata wcześniej. W czasie drugiego rejsu miałem 30 lat więcej, po drugie jacht był większy i bardziej wymagający, a po trzecie nie był dobrze przygotowany, bo dostałem go na dwa miesiące przed wypłynięciem. To wszystko sprawiło, że ten drugi rejs był co najmniej tak trudny, jak pierwszy. Ale zarówno pierwszy, jak i drugi sympatycznie wspominam i chętnie popłynąłbym w trzeci rejs, gdyby było gdzie płynąć. Pierwszy rejs był w jedną stronę, drugi w odwrotną, a wzdłuż południków się nie da, bo mamy Arktykę i Antarktydę. A nie warto powtarzać rejsów wykonanych.

Były sytuacje zabawne, anegdotyczne? Może jakieś portowe opowieści…

W samotnym rejsie portów jest niewiele. W pierwszym rejsie były tylko 4, w drugim nieco ponad 20. Nie skłaniają do anegdot. Dla wszystkich doświadczonych żeglarzy port jest uciążliwy z wielu powodów, chociaż czasem trzeba do niego zawinąć. Natomiast na morzu zdarzały się różne historie, spotkania ze zwierzętami, zwidy, halucynacje. Pewnej nocy miałem spotkanie z wężem morskim, który w środku nocy zaatakował, ale w ostatniej chwili zmienił zamiar. Z jednego węża zrobiły się dwa, a rano okazało się, że to foki uchatki sobie tak baraszkowały. Powierzchnia wody zniekształcona ich ruchem świeciła i to spowodowało wrażenie, że jest to długi, kręty wąż atakujący jacht. Takie sytuacje się zdarzają, chociaż nie zawsze są pożądane. Na przykład gdy się najedzie na śpiącego wieloryba, to trzeba się liczyć z tym, że może się odwinąć ogonem i nawet zniszczyć jacht.

Jak żona przeżyła wszystkie rozłąki z panem?

Dolatywała do mnie na punkty pośrednie. Byłem umówiony ze sponsorami, że gdy gdzieś dopłynę na dłuższy postój, na tydzień lub dwa, to oni przyślą ludzi, żeby mogli sobie popływać, a ja będę ich sternikiem. Więc żona korzystała z okazji i dolatywała razem z nimi. Ale powiem szczerze, że problem istnieje i muszę negocjować z żoną każde kolejne wypłynięcie na tydzień lub dwa. Tak więc w długie rejsy się już nie wypuszczam. Teraz zaczynam kolejną „Szkołę pod żaglami” i płynę sam. Po niej mam tygodniowy rejs wspominkowy „Międzynarodowej szkoły pod żaglami” z załogą polsko-rosyjsko-amerykańską. Uczestnicy postanowili spotkać się po 25 latach na tej samej Pogorii. Będziemy pływać po Morzu Śródziemnym i na ten rejs żona wybiera się ze mną.

Gdyby była taka możliwość, z kim z chciałby się pan spotkać przy butelce rumu: Krzysztofem Kolumbem, Ferdynandem Magellanem czy Jamesem Cookiem?

Wiem na pewno, że z ludźmi morza mielibyśmy sobie wiele do opowiedzenia. Czy to Cook, czy Kolumb, ludzie morza są pełni wielkiej wiedzy i często nie mają z kim o tym porozmawiać, bo brakuje im w partnerach do rozmowy punktu odniesienia. Chętnie więc bym z tymi panami porozmawiał.

Jakie marzenia widnieją jeszcze na pana horyzoncie?

Teraz organizuję „Szkołę pod żaglami” polsko-rosyjską. Wbrew nastawieniu Polaków do Rosjan, chcę wziąć 15-latków i pokazać, że w tym wieku można się przyjaźnić bez jakichkolwiek uprzedzeń. Zobaczymy, jak się to rozwinie, czy Rosjanie zaskoczą, czy im się spodoba, jak to będą relacjonować media rosyjskie. Mamy na pokładzie dwójkę dziennikarzy rosyjskich. Poza tym żeby żeglować, ciągle muszę szukać jachtu. Trzy zbudowałem, ale nimi nie dysponuję. Żeby wyczarterować jacht, trzeba płacić 200 tys. zł miesięcznie. Więc chciałbym mieć żaglowiec, z którego mógłbym korzystać na dogodniejszych warunkach. Chcę zaproponować budowę nowego żaglowca i w tej sprawie rozglądam się po Polsce i zagranicy, żeby o tym rozmawiać.

Co się teraz dzieje z Polonezem, Pogorią i Fryderykiem Chopinem?

Pływają, ale z różnych względów nie mam do nich dostępu. Poloneza kupiła warszawska firma deweloperska, wyremontowała i korzysta z niego. Pogorii, którą zbudowałem dla telewizji, telewizja się pozbyła. Zarządza nią stowarzyszenie w Gdyni. Z kolei Fryderyk Chopin, którego zbudowałem dla swojej fundacji, został najpierw przejęty przez bank, potem przez innych armatorów i teraz zajmują się działalnością komercyjną. To znaczy prowadzą podobną szkołę żeglarską, która się nazywa „Niebieska”, ale każą sobie płacić 15 tys. zł od ucznia. Ponieważ ja się zajmuję działalnością charytatywną i propagowaniem wolontariatu, więc nie mogę od dzieci wymagać, żeby płaciły za semestr. Zresztą, to się sprzeciwia mojej ideologii, więc jest potrzeba, żeby nowy żaglowiec zbudować.

Życzę spełnienia marzeń, stopy wody pod kilem i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał ROMAN ANUSIEWICZ

Z naszej galerii

SONY DSC lud0279k SONY DSC edynburg-1994 st_pierre na_rejach_002
Ranking stron żeglarskich